Dzisiaj naprawdę się przestraszyłam. Tato zabrał mnie na wycieczkę po okolicy. Gdy wsiadałam do mojego ulubionego nosidełka myślałam, że pójdziemy jak zwykle we trójkę – mama, tato i ja. Ale mama powiedziała tylko „Pa, Bereniko. Muszę posprzątać mieszkanie. Do zobaczenia na obiedzie” – i zamknęła za nami drzwi.

Dzień był ładny i ciepły, szliśmy drogą przez pola. Z wysokości mojego wygodnego fotelika widziałam wyraźnie wielkie huczące kombajny oraz traktory z mozołem ciągnące wyładowane zbożem przyczepy i raźnie wracające po rozładunku. Zatrzymywaliśmy się kilka razy, by na nie popatrzeć. Wspaniałe maszyny!

– Już nie mogę się doczekać widoku spadających gwiazd – powiedział tato podając mi świeżo zerwaną mirabelkę.

Zastygłam z wyciągniętą ręką. Musiało to trwać chwilę, bo tato zniecierpliwił się:

– No, Bereniko, chcesz śliwkę czy nie? – mówiąc to usiłował obrócić się w moją stronę, co nie było łatwe. Wszak siedziałam na jego plecach. – Zbierzemy trochę śliwek dla mamy – powiedział tato zdejmując mnie z pleców i stawiając na ziemi. Gdzieś w oddali hałasował kombajn, obok mnie przeleciał motyl, a ja nie mogłam uwierzyć, że świat się skończy. A tak fajnie się zaczynało…

A w dodatku tato wydaje się cieszyć, że gwiazdy będą spadać i zniszczą Ziemię!

Moja mina musiała być bardzo markotna, skoro tato spytał, co się stało. Nie doczekawszy się odpowiedzi sam się po chwili domyślił.

– Martwisz się spadającymi gwiazdami? Nie ma się czym przejmować. One wcale nie spadają na naszą starą dobrą Ziemię. Są zbyt wielkie – to raczej Ziemia mogłaby spaść na jakąś gwiazdę, na przykład na Słońce. Nasze Słoneczko jest ponad 100 razy większe od Ziemi i jest bardzo daleko od niej. A inne gwiazdy są o wiele, wiele dalej niż Słońce. Zatem, Bereniko, głowa do góry. Żadna gwiazda na nas nie spadnie.

Uspokoiłam się. Tato chyba wie, co mówi. Przecież jest astronomem.

– Dość odpoczynku, idziemy dalej – tato przerwał moje obserwacje pełznącej mozolnie dżdżownicy i umieścił mnie w foteliku. Chwilę później maszerowaliśmy dalej. W jednej dłoni miałam śliwkę żółtą, w drugiej granatową i zastanawiałam się, którą ugryźć najpierw. Tato tymczasem mówił dalej:

– Ludzie często mówią o spadających gwiazdach. Dlaczego? Ano dlatego, że taka spadająca gwiazda wygląda, jakby jedna z gwiazd świecących dotąd spokojnie na niebie nagle oderwała się od niego i zaczęła spadać ciągnąc za sobą świetlistą smugę, która gaśnie tak prędko jak się pojawiła. Ten ślad na niebie nazywa się meteorem.  Ludzie mówią, że kiedy zobaczysz na niebie spadającą gwiazdę, powinnaś szybko pomyśleć jakieś życzenie, a być może się spełni.

Hmmm, to ciekawe. Będę musiała dobrze przemyśleć swoje życzenie, żeby wiedzieć, o co poprosić spadającą gwiazdę, gdy jakąś zauważę.

– Są takie dni w roku, kiedy spadających gwiazd jest więcej niż zwykle. Każdej pogodnej nocy zobaczysz kilka meteorów, ale na przykład w połowie sierpnia potrafi ich spadać kilkadziesiąt w ciągu jednej godziny.

Kilkadziesiąt? Doskonale! To kilkadziesiąt szans na kilkadziesiąt życzeń. Hura!

– Widzę, że za kilka dni razem spróbujemy popatrzeć na niebo – uśmiechnął się tato wyczuwając moją radość. – Będziemy ich szukać w gwiazdozbiorze Perseusza – bohatera dawnych greckich legend. Opowiem ci o nim przy okazji. Ponieważ meteory zdają się wylatywać z gwiazdozbioru przedstawiającego Perseusza, nazywamy je Perseidami. Są też inne nazwy, na przykład Leonidy w listopadzie albo Geminidy w grudniu. Te pierwsze pojawiają się w gwiazdozbiorze Lwa, a drugie w Bliźniętach.

Umiem naśladować odgłos wydawany przez lwa – często oglądam z mamą książkę o Kazimierzu Nowaku i znam króla zwierząt z kolorowych rysunków. Chciałam przestraszyć tatę, ale on ani trochę się nie zląkł. Wręcz przeciwnie – zaryczał głośno jak prawdziwy lew, a później jak gdyby nigdy nic podał mi żółciutką jak Słońce gruszkę. Mniam!

– Powiem ci jeszcze, skąd biorą się meteory na niebie. Wokół Słońca oprócz ośmiu dużych planet krąży jeszcze niezliczona ilość mniejszych ciał, które mają dziwne nazwy: planety karłowate, planetoidy, komety. Kometa to taka wielka, brudna bryła złożona ze skał i lodu, który te skały ze sobą skleja. Gdy kometa biegnie sobie daleko od Słońca, w mroźnej pustce Kosmosu, jest całkowicie zmrożona. Gdy jednak zbliży się na niezbyt dużą odległość od naszej Dziennej Gwiazdy, zaczyna się zmieniać. Lód zmienia się w gaz, czyli parę wodną. Widzisz tam daleko Ślężę?  – tato wyciągnął rękę przed siebie, a ja wyciągnęłam szyję ponad jego ramieniem. Gruszka była bardzo smaczna.

– To ta góra, którą widzimy z okna w naszym mieszkaniu. Teraz nie widać jej zbyt dobrze, jest jakby zamglona, prawda? To właśnie para wodna wisi w powietrzu.

Doszliśmy do zrujnowanego folwarku. Tato przedarł się przez morze pokrzyw posykując co chwilę jak wąż (węże też znam z książki, więc syczałam razem z tatą). Chwilę pobuszowaliśmy w pustych budynkach, zajrzeliśmy do starego chlewika, skąd tato zadzwonił do mamy.

– Bereniko, powoli wracamy. Mama robi już dla ciebie pyszny obiadek. Tylko nie wiem, czy będziesz chciała jeść, skoro zjadłaś prawie całą gruszkę i kilka mirabelek – zmartwił się tato.

– Dokończę opowieść o meteorach. Kiedy kometa jest blisko Słońca, zaczyna powolutku się rozpadać. Ubywa z niej lodu i odłamków skał. Kometa pozostawia za sobą ślad, który może utrzymywać się w tym samym miejscu w przestrzeni przez setki i tysiące lat. Zazwyczaj nasza planeta przechodzi z dala od takich kosmicznych piaskownic, ale zdarza się, że w nie wchodzi. Wtedy drobinki pozostałe z komety wpadają w ziemską atmosferę i spalają się w niej. Wtedy widzimy na niebie błysk, czyli to, co nazywamy spadającą gwiazdą albo meteorem. Ponieważ takie drobinki poruszają się bardzo szybko, błysk trwa krótko. Te ziarenka są zazwyczaj maleńkie, wielkości ziarnka piasku albo nieco większe, na przykład takie jak ziarno pszenicy, ale potrafią ładnie świecić.

Tato schylił się ostrożnie i podniósł z ziemi kilka ziaren, pokazując mi je na otwartej dłoni.

– Dość często ludzie mylą meteory z meteorytami, ale ty już doskonale wiesz, czym jest meteor – ciągnął tato. – Twoje ulubione meteoryty pochodzą natomiast z planetoid, czyli skał różnej wielkości, od kilku do kilkuset kilometrów, krążących wokół Słońca między Marsem i Jowiszem. Czasami zderzają się ze sobą, a odłamki lecą w różne strony. Bywa, że po tysiącach albo milionach lat taki odłamek spadnie na Ziemię i wtedy właśnie staje się meteorytem.

Wracaliśmy powoli oglądając po drodze kombajny, ciągniki, byki odpoczywające za płotem, panów wiercących studnię, aż dotarliśmy do niedokończonej budowy naszego małego osiedla. Tato chyba zmęczył się mówieniem i upałem, bo przez większość drogi powrotnej milczał. Ja też się zmęczyłam. Popijając sok bananowy z butelki rozglądałam się wokół siebie.

– Jak myślisz, Bereniko – tato odezwał się znienacka szukając w kieszeni klucza. – Czy spadające gwiazdy spełniają życzenia?

Teraz nie byłam tego tak pewna jak wcześniej. Ale za kilka dni będę miała okazję to sprawdzić…