Tato wspomniał przedwczoraj o niespodziance, jaka czekała na mnie po powrocie ze żłobka. Pan listonosz przyniósł prawdziwych KOSMITÓW! Nie takich udawanych – zielonych, z sześcioma oczami, osiemnastoma czułkami, ociekających agrestową galaretką i strzelających z laserowych karabinów, tylko cichych i spokojnych przybyszy z Układu Słonecznego. Pozwólcie, że ich przedstawię:

  • JaH 091 – meteoryt kamienny z pustynnego Omanu znajdowany od 2006 r.,
  • Campo del Cielo – piękny kawałek żelaznego meteorytu z Argentyny znajdowany od XVI wieku,
  • Muonionalusta – ładna, lekko rdzewiejąca płytka meteorytu ze Szwecji znajdowanego za kołem podbiegunowym od 1906 r. z wyraźnie widocznymi kreskami w różnych miejscach (tato mówi, że mądrzy ludzie nazywają je figurami Widmanstättena),
  • NWA 2965 – tuzin małych i jeden większy kawałek kamiennego meteorytu z Algierii znajdowany od 2004 r.

Zapoznałam się z nimi dokładnie. Ledwo podniosłam Campo del Cielo, taki jest ciężki. Razem z mamą sprawdziłam małym magnesem, czy to naprawdę żelazo – to podobno najprostszy sposób na sprawdzenie, czy ma się do czynienia z meteorytem. Chciałam powiedzieć „kuje” panu Woreczko (przypis taty – „kuje” to w języku Bereniki po prostu „dziękuję”, wymawiane „ku-jeee” z akcentem na drugą sylabę) – to dzięki niemu mogłam przytulić do siebie kosmicznych przybyszy. Teraz tato będzie woził ich z sobą do szkół i przedszkoli, by inne dzieci – młodsze i starsze – również mogły ich poznać.

KU-JEEE!