Najlepsze jest to, że teraz mnóstwo ludzi wygląda przez okna wypatrując Księżyca, a ja już smacznie śpię. Zaćmienie było SUPER! Widziałam wszystko od początku do końca. A wszystko dzięki mamie, która lubi robić mi niespodzianki.

– Jeśli wszystko ładnie zjesz i nie będziesz grymasić, to zabiorę cię dzisiaj do taty do pracy – powiedziała mama podczas śniadania, podając mi kawałek parówki.
Prawie wyplułam chleb z serkiem. Do taty? Do pracy?! Fantastycznie! Zaczęłam uderzać parówką w talerz, rozchlapując serek dookoła. Mama odebrała mi parówkę i spokojnie dokończyła:

– Tato pojechał dzisiaj z planetarium do Miasta Meteorytów.

Miasto Meteorytów? To brzmiało coraz bardziej ciekawie, a chleb zaczął mi nawet smakować. Otworzyłam buzię, a mama włożyła do niej kawałek parówki. Mniam! Zjadłam całe śniadanie, popiłam sokiem i… zachciało mi się spać. No nie! W takiej chwili?!

Mama położyła mnie do łóżeczka, a ja zasypiając słyszałam jej głos:

– Prześpij się teraz, a kiedy się obudzisz przygotuję cię do drogi. To będzie długa podróż. Najpierw pójdziemy do Świdnicy, a później pojedziemy szynobusem.

Świdnica, szynobus, podróż… Me-te-ooo-ryt-yyy… Zasnęłam.

Obudziłam się. Już po wszystkim! Spałam cały dzień, jest noc, a tato już dawno wrócił z pracy. Nie zobaczę Miasta Meteorytów. Nie widziałam ZAĆMIENIA!

– Aaaaaa! – zaczęłam krzyczeć i płakać, momentalnie stając w łóżeczku.

Mama przyszła po nieskończenie długiej chwili. Odsłoniła rolety w oknach, a do pokoju wpadło wesołe światło Słońca. Zmrużyłam oczy.

– Zbieraj się, Bereniko. Jedziemy do taty – uśmiechnęła się do mnie mama wyciągając mnie z łóżeczka. Ach, więc to jednak był tylko zły sen! Ufff…

Droga do Świdnicy minęła niepostrzeżenie. Najpierw jechałam przez pola, ale bardzo szybko trafiłyśmy do miasta. Na stacji kolejowej czas trochę mi się dłużył, nie jechał żaden pociąg. Bardzo lubię pociągi, tak jak mama i tato.

W końcu, gdy z nudów zaczęłam już ssać kciuka, na stację wjechał szynobus. Zatrzymał się ze zgrzytem i piskiem. Ja też zapiszczałam na jego widok. Biało-żółty, z ciemnymi szybami – piękny!

Podróż nie trwała długo, ale zdążyłam zapoznać się ze wszystkimi: z panem, od którego pożyczyłam klucze, portfel i butelkę z wodą; z siostrami zakonnymi, opiekującymi się przedszkolną wycieczką; z panią konduktorką sprzedającą bilety; z dziewczynką, która rozwiązała mi czapkę i głaskała mnie po głowie. Do wszystkich ładnie się uśmiechałam, podawałam rączkę i machałam „pa, pa”, gdy ktoś wysiadał. Pan od kluczy, portfela i butelki z wodą wysiadł mówiąc do mnie „pa, księżniczko”, a my nareszcie dojechałyśmy na miejsce.

– Piława Górna – przeczytała mama na głos, gdy szynobus zamknął drzwi i odjechał.

Jechałam w wózku rozglądając się pilnie. Gdzie mieszkają te Meteoryty? Jak wyglądają? Czy mają siedem nóg? A może dwie głowy? Spojrzałam pytająco na mamę. Chyba zrozumiała, bo powiedziała:

– Meteoryty spadają z nieba. To przybysze z Kosmosu.

Przybysze z Kosmosu? Czyli… ufoludki?! Hurrra! Zaczęłam rozglądać się jeszcze uważniej w poszukiwaniu tych tajemniczych stworów.

– To nie zielone ludziki, tylko kamienie, które przybyły z bardzo daleka i spadły na Ziemię – mówiła tymczasem mama. – Dawno temu w Piławie Górnej, może nawet całkiem niedaleko stacji kolejowej, na której wysiadałyśmy z pociągu, spadł duży kamień, a właściwie dwa. Znaleziono je szybko, bo pewna pani pracująca wtedy na polu widziała, jak ten kamień spadał z nieba. Nazwano je Gnadenfrei, ponieważ meteoryty nazywa się zazwyczaj tak, jak miejscowości, w pobliżu których spadły, a Piława Górna nie była wtedy w naszym kraju – Polsce – tylko w Niemczech, i nazywała się właśnie Gnadenfrei. Ale teraz też spadają meteoryty. Kilka tygodni temu w Polsce spadł z nieba kamień, uderzył w dach i przebił go na wylot. Ale o tym opowiem ci innym razem, bo już jesteśmy na miejscu.

Brzmiało to dość zagadkowo i było całkiem interesujące, więc nadstawiałam uszu, a ufoludków nigdzie dookoła nie wypatrzyłam. Zrobiło mi się trochę  smutno, ale mina szybko mi się rozjaśniła, gdy zobaczyłam bardzo kolorowy budynek.

– Miejski Ośrodek Kultury. To tutaj – powiedziała mama, usiłując wnieść wózek po schodach. – Gdzieś tutaj powinien być tato i nasz Bajkonur.

Na piętrze było dużo starszych ode mnie dzieci, które robiły dużo hałasu. W powietrzu unosiły się dziwne, tajemnicze zapachy. Dzieci przelewały kolorowe płyny z jednego naczynia do drugiego i podpalały różne przedmioty. Opowiadały przy tym ciekawe historie, a inne dzieci i dorośli uważnie ich słuchali. Nagle ktoś pochylił się nade mną i pocałował mnie w czoło. TATO!

Tato wziął mnie na ręce i zaniósł do wielkiej sali. Była w niej pochyła podłoga i dużo foteli. Na samym dole, na podwyższeniu stał wielki nadmuchany balon. To nasze planetarium!

– Chodźcie, pokażę wam zaćmienie. Zobaczymy je szybciej niż inni – tato uśmiechnął się otwierając kopułę.

Niebo było bezchmurne, było ciepło, a przy mnie rodzice. Siedziałam u mamy na kolanach, a tato pokazywał nam po kolei Saturna z jego pierścieniami, kolorowe gwiazdozbiory, a na koniec zaćmienie – dokładnie tak, jak tłumaczył mi wczoraj. Czerwona tarcza Księżyca stopniowo stawała się coraz bardziej blada. Przypomniałam sobie trzy kolorowe piłki i wszystko było dla mnie jasne. Jaka ja jestem mądra!

Pan Tomasz Jakubowski przyjechał z Wrocławia, by opowiedzieć dzieciom i dorosłym o meteorytach. Przywiózł kilka większych i mniejszych kamieni ze swojej bogatej kolekcji, a jeden był nawet z Księżyca. Wydawało mi się to niemożliwe, ale skoro i rodzice, i pan Tomek tak mówili, to chyba naprawdę był to księżycowy kamień. Fajnie byłoby mieć taki w domu!

To był wspaniały, pełen wrażeń dzień. Nie mogłam się doczekać kąpieli, mojego wygodnego łóżeczka i butelki z mlekiem, a później snu, by przeżyć to wszystko raz jeszcze…