Od wizyty w Mieście Meteorytów większość czasu spędzanego poza domem zajmuje mi wpatrywanie się w ziemię. Każdy kamień mały i duży jest wart uwagi. Jestem pewna, że gdzieś niedaleko leży taki, który spadł z nieba i którego nikt do tej pory nie zauważył. Na spacerze, na placu zabaw, na wycieczce – wszędzie jestem czujna. Kucam albo siadam i zaczynam przebierać najbliżej leżące kamienie. Niektóre są całkiem małe i w dłoni mieści się ich dużo – takie są na naszym placu zabaw. Inne są większe i mogę wziąć w każdą rękę tylko jeden – takie znalazłam u babci. Jeszcze inne są tak wielkie, że dźwigam je z trudnością. A niektóre są większe ode mnie!

Tato i mama widzą, że na dźwięk słowa meteoryt aż podskakuję. Dokładnie znam każde zagłębienie na dwóch meteorytach, które tato dostał od pana Andrzeja z Fromborka. Tato mówi, że pan Andrzej jest prawdziwym znawcą kamieni z Kosmosu.

W ubiegłą sobotę rodzice sprawili mi fantastyczną niespodziankę. Rano, po śniadaniu, mama spakowała plecak, a tato zaniósł mnie do samochodu.

– Czeka nas długa podróż, Bereniko – powiedziała mama. – Ale na końcu jest coś, co na pewno ci się spodoba.

Byłam bardzo zaintrygowana. Na początku cały czas starałam się wypytać mamę o szczegóły, ale mama jak zwykle mnie nie rozumiała, co zaczęło mnie złościć. W dodatku pasy fotelika mnie uwierały, zabawki mi się znudziły i zaczęłam się wiercić i krzyczeć. Trochę popłakiwałam, ale bardziej dla efektu. Rodzice nie dali się nabrać, więc postanowiłam przespać długą drogę.

Gdy się obudziłam, samochód stał, a rodzice witali się z panem Andrzejem. Dookoła był wielki, piękny trawnik z mięciutką trawą, dużo drzew i kilka nieznanych mi osób. Pobiegłam do nich. Tato po chwili dogonił mnie i wziął na ręce.

– Bereniko, to obiecana niespodzianka – powiedział. – Jesteśmy na pikniku meteorytowym. Zobacz – mówiąc to pokazał mi stolik, na którym leżało mnóstwo małych przezroczystych pudełeczek. W każdym z nich był kawałek prawdziwego meteorytu: kamiennego, żelaznego albo kamienno-żelaznego. W kartonikach leżały dziesiątki małych zardzewiałych bryłek.

Prawie oszalałam ze szczęścia. Dotykałam każdego pudełka, brałam do rąk kamyki różnej wielkości. Tato wybrał kilka z nich i poprosił ich właściciela – pana Marcina – o zważenie. Pan Marcin opisał je na małych karteczkach, żebym wiedziała w przyszłości, który skąd pochodzi. Nie umiem jeszcze czytać, ale mama powiedziała mi, że wszystkie meteoryty, które kupił tato, znaleziono w Afryce – w Burkina Faso i Algierii. Ten pierwszy nazywa się Gao-Guenie, a drugi NWA 869.

Afryka? To ten kontynent, którego wielka mapa wisi w sypialni rodziców? Mam też książkę Afryka Kazika. To książka o polskim podróżniku – Kazimierzu Nowaku, który dawno temu przejechał Afrykę na rowerze z góry na dół i z powrotem. Książkę kupiła mi ciocia. Codziennie razem z mamą przewracam po kolei kartki i pokazuję różne zwierzęta, a mama mówi, jak się nazywają.

– Piknik meteorytowy to spotkanie ludzi, którzy zbierają meteoryty, kupują je, sprzedają i wymieniają się nimi. Niektórzy z nich sami ich szukają – wyjaśnił tato.

Pomyślałam, że im wcześniej zacznę uczyć się rozpoznawać meteoryty, tym prędzej stanę się prawdziwym poszukiwaczem.

Biegałam boso po trawniku, wkładałam ręce do fontanny, krzyczałam z radości. Wszyscy się do mnie uśmiechali. W końcu trochę zgłodniałam, więc mama nakarmiła mnie, a po obiedzie dostałam kubeczek malin. Znużona zabawą i emocjami, najedzona – zasnęłam w wózku w cieniu rozłożystej jabłoni.

Gdy się obudziłam, zaczęłam wołać rodziców. Tato przyszedł po mnie i powiedział:

– Wstałaś w samą porę, Bereniko. Chodź, zobaczymy coś bardzo ciekawego.

Podeszliśmy do grupki osób skupionych wokół gospodarza – pana Marcina. Pokazywał kamień wielkości pięści, z czarną skorupą dookoła i jasnoszarym, prawie białym wnętrzem. Zauważyłam pana Tomka, którego poznałam w Mieście Meteorytów – Piławie Górnej. Uśmiechnęłam się do niego najładniej jak potrafię, a pan Tomek przywitał się ze mną:

– Cześć, Bereniko. Znowu się spotykamy. Widzę, że złapałaś bakcyla?

Nie za bardzo wiedziałam, co to takiego ten bakcyl, ale na wszelki wypadek uśmiechnęłam się jeszcze raz.

– To meteoryt Sołtmany – powiedział tato. – Spadł niedawno w Polsce, na Mazurach, stąd jego dziwnie brzmiąca nazwa. Mało brakowało, a wpadłby do jeziora. Jednak traf chciał, że zamiast upaść niezauważony, uderzył w dom pewnej pani. Przebił dach budynku i upadł na ziemię. Widzisz – tato pokazał palcem na trzymaną przez pana Marcina półkilogramową bryłę – tutaj jest ślad po przebitych deskach, a tutaj po eternicie. Eternit to materiał, którym dawniej pokrywało się dachy, żeby nie przeciekały.

W dach? Jak to możliwe? Musiałam mieć niewyraźną minę, bo tato mówił dalej.

– Najczęściej meteoryty spadają tam, gdzie nikt ich nie widzi: do mórz i oceanów, na pustynie. Te, które wpadły do wody, są już stracone, ale te, które spadły na stały ląd, jeszcze nie. Większość spada w miejscach, w których nikt nie mieszka, ale od czasu do czasu udaje się je znaleźć. Bardzo rzadko zdarza się, że taki kosmiczny przybysz trafia w czyjś dom. Właściciele mieli niezwykłe szczęście, bo ich dom stoi na długim cyplu wybiegającym w jezioro. Gdyby meteoryt spadł sekundę wcześniej albo sekundę później, mógłby trafić w łąkę albo wpaść do wody i nikt by go nie odnalazł.

Gdy wracaliśmy do domu, mama powiedziała mi coś, co postaram się zapamiętać:

– Wiem, że bardzo spodobały ci się twoje nowe meteoryty z Afryki. Może kiedyś pojedziesz tam sama i ich poszukasz. Ale zanim to się stanie, zacznij uważnie rozglądać się wokół siebie. Jak widzisz, spadki kamieni z nieba zdarzają się też w Polsce. Może leżą gdzieś na polach niedaleko naszego domu? Albo w ogrodzie u babci? Naukę i poszukiwania najlepiej zacząć od własnego podwórka.

Mamo, ale przecież ja robię to już od miesiąca…!