To druga część wywiadu z samym sobą, tym razem o tym, co dzieje się pod kopułą planetarium w trakcie pokazów i jak reagują na nie moi widzowie. Jest też sporo o filozofii prowadzenia pokazów, zwłaszcza o tym, dlaczego nie lubię pokazywać filmów. Pierwsza część jest dostępna w tym miejscu.

Wróćmy do naszej rozmowy. Chciałbym Cię spytać o reakcje widzów na to, co robisz.

Pytasz o reakcje na pokazy czy biznes, jaki prowadzę?

Jedno i drugie.

Dobrze, zacznę od pokazów, bo to jest ta część, którą widzowie dosłownie mają przed oczami. Najkrócej mówiąc – to, co robię, podoba im się i łatwo to zauważyć. Bardziej ufam reakcjom dzieci niż dorosłych, ponieważ dzieci są bardziej szczere. Im młodsze, tym wyraźniej widać, co im się podoba, a co nie. Natychmiast dostrzegam, kiedy zaczynają się nudzić, a kiedy coś szczególnie przyciąga ich uwagę. Czasami jeden statyczny obrazek interesuje je mocniej niż film. Staram się trzymać zasady, że do dzieci trzeba mówić, a nie tylko pokazywać im ruchome bądź nieruchome obrazy. Zgadzam się z często przytaczanym stwierdzeniem, że jeden obraz wart jest tysiąca słów, ale moim zdaniem obraz odpowiednio opisany wart jest znacznie więcej. W moim planetarium staram się opowiadać, snuć jakąś historię. Widzowie to doceniają. Dorośli rzadko kiedy dzielą się swoimi opiniami bezpośrednio ze mną, częściej rozmawiają między sobą. Bywa, że pozytywna opinia o seansach w moim planetarium dociera do mnie z opóźnieniem z drugiej, a nawet trzeciej ręki. Dzieje się to na zasadzie poczty pantoflowej. Nauczyciel albo nauczycielka podzielą się wrażeniami z kolegą lub koleżanką z innej szkoły, dziecko opowie rodzicowi, jeden rodzic przekaże drugiemu – i tak to działa. Bywa, że nauczycielka w szkole mówi, że wiadomość o moim planetarium ma od koleżanki z innej szkoły, która była zachwycona pokazami. Rodzic ma dwoje dzieci – młodsze i starsze. Jestem w przedszkolu u tego młodszego, dziecko wraca do domu, dzieli się emocjami. Rodzic szuka informacji na mojej stronie internetowej, dzwoni lub pisze, pyta o możliwość przyjazdu do szkoły starszego dziecka. Gdyby pokazy były nieciekawe, nie byłoby też pozytywnej informacji zwrotnej. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Ciekawi mnie, jak reagują widzowie w sensie fizycznym. Co dzieje się podczas seansu?

Im młodsze dzieci, tym żywsza reakcja – i odwrotnie. Przedszkolaki są bardzo żywe, pokazują sobie wszystko rękami, rozmawiają, mówią do siebie, często krzyczą. Staram się być wyrozumiały, choć czasami trudno zachować jasność myśli, co przy seansie mówionym jest konieczne. Chodzi po prostu o to, by nie zgubić wątku. Trzeba pozwolić dzieciom się wykrzyczeć, uzewnętrznić emocje, ale z drugiej strony nie można dopuścić do utraty kontroli nad grupą. Czasami pomagają mi w tym nauczycielki, ale niekoniecznie tak, jakbym chciał. Zdarza się, ża taka nadgorliwa pani przeszkadza bardziej niż dzieci, które próbuje uspokoić. Przyznam, że mnie również zdarzyło się krzyknąć, ale to rozwiązanie ostateczne. Każda grupa jest inna. Bywa, że w jednym przedszkolu są grupy bardzo głośne i bardzo spokojne. Takie, co do których mam wątpliwości, czy usłyszały cokolwiek podczas seansu, nie mówiąc już o jego częściowym choćby zrozumieniu, i takie, które słuchają, ale nie wiem, czy słyszą. Czasami dzieci trzeba uspokoić, innym razem obudzić. W dotychczasowej pracy nauczyłem się, że naczelną regułą jest brak jakichkolwiek reguł.

Czy masz jakieś ogólne obserwacje?

Mówi się, że im starsze dziecko, tym więcej z nim problemów. Coś w tym jest, chociaż nie jest to zasada, która sprawdza się zawsze i wszędzie. Zdarzało mi się – dosłownie kilka razy przez pięć lat prowadzenia planetarium – że musiałem przerwać pokaz przed czasem i wyprosić grupę z planetarium. Było tak w gimnazjum, bodajże jeden raz, ale częściej w szkole podstawowej. Wbrew pozorom, nie zawsze były to klasy najstarsze. Jeden jedyny raz spotkałem się z klasą drugą, a więc dziećmi siedmio- lub ośmioletnimi, które zachowywały się jak stado pawianów. Nie miałem szansy powiedzieć czegokolwiek sensownego, wspólnie z nauczycielką próbowaliśmy dojść z nimi do ładu. Po niespełna dziesięciu minutach w kopule poddałem się i wydałem im polecenie wyjścia z kopuły. Najpierw była to prośba, później żądanie – bez reakcji. Zacząłem poważnie obawiać się o bezpieczeństwo dzieci i sprzętu, ale wyprosić grupę na zewnątrz udało mi się dopiero po wyłączeniu projektora i zniknięciu obrazu. Zastanawiałem się, jaki błąd popełniłem, ale po zakończonych pokazach z innymi klasami udało mi się porozmawiać z nauczycielką tej klasy. Kobieta była strzępkiem nerwów, mówiła, że z tą klasą nikt sobie poradzić nie może. Nie pomagają żadne rozmowy ani z samymi dziećmi, ani z ich rodzicami, ani we wspólnym gronie. Nawet praca z psychologiem nie przynosi efektów. Powiedziała, że dobrze zrobiłem kończąc pokaz, że może to nimi potrząśnie. Mam jednak wątpliwości, czy tak naprawdę było. Dzieci z tej klasy nie wyglądały na zasmucone ani zawstydzone, że pokaz nie odbył się z winy ich zachowania. Pozostało mi jedynie współczuć nauczycielce i szkole, która w swoich murach musi trzymać gniazdo os.

Jaka to była szkoła?

Lokalizacji z oczywistych względów nie ujawnię, powiem jedynie, że było to na wsi pod Wrocławiem. Ogólnie patrząc, dzieci na wsi reagują z większym zaciekawieniem niż dzieci w mieście, choć znowu podkreślę, że jest to bardzo ogólna reguła. Moja teoria na ten temat jest taka, że dzieci miejskie mają więcej okazji uczestnictwa w różnych imprezach i atrakcjach, zarówno w szkole, jak i poza nią. Mogą wyjść z nauczycielami lub rodzicami do kina, do teatru, do opery, do zakładu pracy. Inna sprawa, czy korzystają z tych możliwości, ale przynajmniej je mają. Dzieci wiejskie mają bardziej ograniczony dostęp do takich zajęć. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że są dzieci wiejskie naprawdę i wiejskie z nazwy. Mówiąc „naprawdę” mam na myśli to, że ich rodzina od pokoleń mieszka na wsi, innego środowiska nie znają. Byłem kiedyś na wsi położonej kilkanaście kilometrów od granic Wrocławia. Dzieci siedziały na pokazie jak trusie, z otwartymi buziami. Później dowiedziałem się, że większość z nich nigdy nie była we Wrocławiu, a wizyty planetarium nie mogły się doczekać. Dla mnie było to niepojęte – samochodem z tej wsi do granic miasta jedzie się 20 minut! Inna sprawa, że mało kto w tej wsi miał samochód. Inna rzecz, że było to kilka lat temu, na początku mojej pracy, na wsi na pewno nieco się zmieniło. Z drugiej strony dzisiaj mam bogatsze doświadczenie i wiem, że takie sytuacje nie są wcale tak rzadkie, jak się może wydawać. Ta sytuacja dała mi do myślenia pod jeszcze innym względem – pokazała, jaka odpowiedzialność spoczywa na mnie. W planetarium mogę oczarować dzieci i pokazać im dosłownie inny świat, ale równie dobrze mogę zaprzepaścić tę szansę prowadząc pokaz niedbale. Dlatego każdy seans staram się prowadzić tak, jakby był moim pierwszym. Nie jest to łatwe po setkach poprowadzonych zajęć, ale próbuję do każdej grupy podchodzić tak, jakby była najważniejsza na świecie. O ile grupa zechce mnie słuchać, a z tym bywa różnie, jak mówiłem.

Wracając do dzieci wiejskich i „wiejskich”. Dzieci wiejskie z nazwy to po prostu dzieci rodziców, którzy świadomie wybrali wieś jako miejsce do mieszkania, a pracę mają w mieście. Z drugiej strony są wsie i wsie. Takie, które bardziej przypominają przedmieścia z rozrastającą się zabudową jednorodzinną, z  klasą średnią jako głównymi mieszkańcami, i małe wioski, w których domy są w różnym stanie, oględnie mówiąc. Dzieci spędzające całe godziny przed telewizorem czy monitorem albo z tabletem czy smartfonem w ręku są bardziej zblazowane, jeśli mogę to tak ująć. Szybko się nudzą, nie potrafią słuchać dłużej niż kilka minut, co chwilę przerywają rozmowę i próbują wtrącać swoje trzy grosze.

Co wtedy robisz?

To zależy od sytuacji. Bywa, że uczeń ma charakter, który każe mu mówić w każdej sytuacji i niekoniecznie na temat. Staram się doprowadzić rozpoczętą myśl do końca i wtedy daję dzieciom czas na pytania. Pamiętajmy jednak, że lekcja ma określoną długość, a ja mam do przekazania pewną całość. Jeśli oddam kontrolę nad lekcją w ręce dzieci, pokaz przestanie być pokazem, a stanie się chaotyczną wymianą myśli, pytań i odpowiedzi, i to nie w kolejności sekwencyjnej, ale symultanicznie. Mówiąc po ludzku, w kopule zrobi się taki gwar, że nikt nie będzie słyszał nikogo. Biorę to pod uwagę i uprzedzam uczniów, że dam im czas na pytania po zakończeniu pokazu. Nie zawsze się to udaje, czasami klasa spóźnia się dziesięć minut, a zajęcie przerwy nie wchodzi w grę. Gdy dzieci słyszą dzwonek na przerwę, reagują jak psy Pawłowa – od razu wstają i kierują się do wyjścia.

Znam to z własnego szkolnego doświadczenia.

Ja też i rozumiem to. Poza tym zdaję sobie sprawę, że siedzenie na podłodze przez pół godziny albo dłużej nie jest najwygodniejszą formą spędzania czasu. Dzieciom młodszym łatwiej jest siedzieć na podłodze niż ich starszym kolegom. Ja sam podczas wielu seansów stoję, by lepiej było mnie widać i słychać. Kiedy coś pokazuję na niebie, staram się wykonywać wyraźne ruchy ręką, by każdy wiedział, w którą stronę nieboskłonu patrzeć. Oszczędne ruchy dłoni są dobre u polityka, ale ja staram się być przede wszystkim obrazowy. Może czasami wyglądam jak wiatrak w ruchu – to nieważne, liczy się to, by widzowie wiedzieli, o czym w danej chwili mówię i co staram się im pokazać.

Z pewnością nie wszystkie dzieci dokazują w planetarium.

Jasne. Większość jest spokojna. Bywają klasy, które są tak zaciekawione lekcją i spokojne, że prowadzenie seansu w ich towarzystwie to po prostu marzenie. Uczniowie nie zdają sobie sprawy z tego, że wtedy to oni prowadzą lekcję, a jak ich tylko naprowadzam. Tu zadam pytanie, tam odpowiem, coś pokażę, zmuszę do zastanowienia. Bardzo się staram, żeby moje pokazy nie były monologiem i suchym, monotonnym wykładem. To ma być dialog, interakcja, sprzężenie zwrotne. Z takich spotkań uczniowie wyniosą najwięcej wrażeń i wiedzy, choć może nie od razu. Wiem, że samo przebywanie w planetarium jest dla wielu dzieci dużym przeżyciem i nie oczekuję od nich, że wchłoną wszystko, o czym mówiłem. Staram się ich zaciekawić, zarzucić haczyk z nadzieją, że ktoś się na niego złapie i zacznie samodzielnie szukać.

Jak słychać z Twojego opowiadania, reakcje dzieci to bogaty temat.

O tak. Moglibyśmy o tym jeszcze długo rozmawiać, ale nie chcę zanudzać czytelników.

Czy dzieci zadają jakieś nietypowe pytania?

Zależy, co rozumiemy pod pojęciem „nietypowe”. Dość często pytania się powtarzają, ale bywają też zaskakujące. Na przykład: dlaczego Słońce się obraca? Albo dlaczego planety obiegają Słońce w tym samym kierunku? Czy Kosmos ma koniec? Dlaczego Ziemia się trzęsie? Dlaczego pada deszcz? Przyznam, że czasami muszę się przez chwilę zastanowić nad odpowiedzią, ale nie dlatego, że jej nie znam. Chodzi raczej o to, jak odpowiedzieć, by dziecko zrozumiało, nie komplikując przy tym zagadnienia, ale i nie upraszczając go nadmiernie. Czasami trudno jest wyczuć, jakiej odpowiedzi oczekuje dziecko. Na pytanie, dlaczego pada deszcz, odpowiedź może być prosta – na niebie są chmury, w których zbiera się woda i co jakiś czas spada na Ziemię. Dorosły się żachnie i powie, że to nie jest odpowiedź na pytanie. Owszem, może dla czterdziestolatka albo czternastolatka nie jest właściwa. Może nawet dziesięciolatkowi już nie wystarczy. Kilkulatek jednak taką odpowiedzią się zadowoli. Jeśli dziecko jest bardziej dociekliwe, staram się rozwinąć odpowiedź i wyjaśnić w kilku zdaniach cykl obiegu wody w przyrodzie. Jeśli zrobię to prosto i zwięźle, dziecko odejdzie zadowolone. Cała sztuka w tym, żeby w danej sytuacji prawidłowo ocenić, co powiedzieć i w ilu słowach to ująć.

Skąd bierzesz pomysły na seanse?

Praktycznie wszystkie seanse jakie prezentuję opierają się na autorskich pomysłach. Jedne wypracowałem sam, inne z Moniką, jeszcze inne z kolegą z Kalisza, Radkiem Piorem, o którym wspominałem w poprzedniej rozmowie. Myślę, że działa to w moim przypadku tak jak w każdym procesie twórczym. Najpierw jest luźna myśl, inspiracja, która pojawia się w przypadkowej chwili. Bywa, że mówię o czymś podczas pokazu i wtedy w głowie pojawia się błysk, że ten temat warto ująć inaczej. W domu siadam przed komputerem i zastanawiam, jakich zmian dokonać w istniejącym seansie, by pokazać to, co przyszło mi do głowy. Czasem jest to łatwe zadanie, innym razem dochodzę do wniosku, że lepszym rozwiązaniem byłoby stworzenie czegoś od zera. Bywa, że ktoś zada mi interesujące pytanie, które można wpleść w któryś z istniejących seansów albo uczynić kanwą zupełnie nowego seansu. W moim przypadku pomysły dojrzewają dość długo. To nie jest tak, że siadam i od ręki piszę gotowy seans, który w następnym tygodniu mogę pokazać w szkole czy przedszkolu. Seanse piszę z przerwami, wracam do nich wielokrotnie. Gdy uznam, że pokaz nadaje się do zaprezentowania widzom, uważnie obserwuję ich reakcje i modyfikuję treść pokazu. Coś wyrzucę, coś dodam, coś zmienię. Zanim seans przyjmie ostateczną postać, mija wiele tygodni. Niektóre seanse poprawiam jeszcze po roku albo później. To ciągły proces.

W ofercie masz wiele filmów.

To prawda. Repertuar na mojej stronie nie jest pełny, mam sporo asów w rękawie, których nie pokazuję, bo wiem, że konkurencja często zagląda na moją stronę i śledzi nowości. Ktoś może powiedzieć o mnie, że jestem egoistą. Niech i tak będzie. Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję. Podczas poprzedniej rozmowy sporo opowiadałem o Podboju Polskich Planetariów. Na mojej stronie jest tabela z polskimi planetariami – trochę nieaktualna, to prawda, kilku nowych placówek w niej brakuje. Początkowo dopisywałem do tej listy kolejne zaprzyjaźnione planetaria przenośne. Później jednak, gdy zaczęło się ich pojawiać coraz więcej, nie chciałem robić darmowej reklamy komuś, o kim nie wiedziałem kompletnie nic. Prawo rynku mówi, że jeśli otworzy się jakaś nisza, pojawiają się chętni, by ją wypełnić. Na polskim rynku obserwuję wręcz „wysyp” nowych kopuł, chociaż wiem, że w przypadku wielu z nich jakość merytoryczna i projekcyjna pozostawia wiele do życzenia. Niektóre planetaria niespecjalnie przykładają się do repertuaru i sposobu prowadzenia pokazów, inne plagiatują rozwiązania konkurencji albo ich własność intelektualną, na co mam przykłady. Nawiasem mówiąc czuję pewną satysfakcję, że niektórzy wykorzystują materiały z mojej strony firmowej. Z wielu źródeł słyszałem, że strona planetarium Bajkonur jest wzorem dla innych planetariów przenośnych. Oczywiście to, że mam satysfakcję widząc, że ktoś uznaje moją stronę za wzorcową do tego stopnia, iż kopiuje z niej treści z dokładnością do znaków przestankowych nie znaczy, że pochwalam takie praktyki. Wręcz przeciwnie, staram się je tępić i dusić plagiat w zarodku. Pojawia się pytanie, jaki poziom merytoryczny prezentują te planetaria, skoro ich właścicieli nie stać na wymyślenie przekonującej reklamy swojego biznesu bez sięgania po pomysły innych.

Dotknęliśmy tutaj poważnej sprawy. Wróćmy jednak do filmów z Twojego repertuaru.

Jasne, przepraszam, dość mocno odszedłem od pierwotnego pytania. Od początku swojej działalności zdobywam i tłumaczę filmy, chociaż tak jak obszernie wyjaśniłem przed chwilą moja praca opiera się głównie na autorskich seansach prowadzonych na żywo. Szacuję, że zaledwie kilka procent seansów w roku – myślę, że około pięciu – stanowią u mnie filmy i to raczej podczas imprez masowych, gdy trudno jest prezentować seanse na żywo.

Polskie wersje niektórych filmów przygotowywałem wspólnie z innymi planetariami, ale wolę pracować sam. Najpierw trafiam na ciekawy seans po angielsku. Na rynku jest mnóstwo pokazów dla planetariów, ale wiele z nich jest albo nieciekawych, albo bardzo specjalistycznych, choć poruszają szersze zagadnienia. Staram się dotrzeć do autorów i przekonać ich do udostępnienia pracy. Niektóre seanse są płatne, i to słono na polskie warunki. Proszę pamiętać, że nie prowadzę dużej instytucji wspieranej z budżetu miasta czy województwa. We wszystko inwestuję prywatne pieniądze, dlatego wybieram pokazy bardzo starannie.

W drugim etapie zabieram się za tłumaczenie skryptu. To przyjemna, twórcza część, w której mam szansę nadać seansowi własny styl. Niektóre polskie wersje seansów przygotowane przez inne planetaria nie podobają mi się, ponieważ ich przekład jest zbyt dosłowny, używa specjalistycznych pojęć, których staram się unikać. To zadanie podobne do odpowiedzi na pytania dzieci. Z drugiej strony nie upraszczam tekstu na siłę. Jest jeszcze jeden ważny wymóg – tekst polski powinien odpowiadać długością tekstowi oryginalnemu, by obraz zgrywał się z narracją, a jednocześnie były w nim przerwy na „przetrawienie” przez widza tego, co usłyszał przed chwilą. Choć sam jestem astronomem, to zawsze konsultuję ostateczną wersję tekstu z dwiema innymi osobami – fizykiem i astronomem, żeby uniknąć błędów i przeoczeń, które są nieuniknione, gdy całość pracy wykonuje jedna osoba opatrzona z materiałem, nad którym pracuje.

Etap trzeci to znalezienie odpowiedniego lektora i studia nagraniowego. Niektóre seanse nagrywałem razem z lektorem w studio, co pozwoliło mi na bieżące korekty i wnoszenie poprawek do tekstu. Często bywa tak, że tekst, który dobrze wygląda na papierze, nie brzmi najlepiej po wypowiedzeniu go na głos. Praca z lektorem pozwala wychwycić takie niuanse. Z kolei przy niektórych tekstach dawałem lektorom wolną rękę, określając tylko ogólne wymogi co do narracji. Obróbkę dźwięku zlecam profesjonalnym studiom. Sam zajmuję się ostatnim krokiem, czyli połączeniem obrazu z dźwiękiem.

Z jednego z moich tłumaczeń korzysta nawet warszawskie planetarium Niebo Kopernika. Są jednak i tacy właściele planetariów, którzy „jadą” na jednym lub dwu seansach od przedszkoli do klas szóstych, ewentualnie bazują na kilku krótkich darmowych animacjach. Inni z kolei nie chcą partycypować w kosztach, korzystają tylko z pracy wykonanej przez pozostałe planetaria – tych jest większość i dlatego ostatnio przestałem udostępniać efekty swojej pracy wiedząc, że prędzej czy później trafi do mojej konkurencji. Tak jednak jest zawsze i wszędzie – gdy tylko otworzy się jakaś nisza, niektórzy pracowicie w niej kopią, sieją, podlewają, a inni po prostu zrywają dojrzałe owoce.

Z doświadczenia wiem, że niektóre seanse nie sprawdzą się w szkole, ale świetnie nadają się dla zróżnicowanej widowni, która przychodzi do planetarium na imprezach masowych. I oczywiście na odwrót – pewne seanse, które cieszą się wielką popularnością wśród uczniów z różnych powodów nie są odpowiednie do pokazywania ich tzw. przypadkowemu społeczeństwu.

Imprezy masowe rządzą się zapewne innymi prawami.

Jasne, to całkowicie inna widownia i inne realia. Wrócę do tego, że pokazy na żywo są lepiej przyjmowane niż filmy. Bardzo rzadko, ale zdarza mi się na imprezach masowych – różnych piknikach czy festiwalach – poprowadzić seans w wersji freestyle. Szansa na to jest albo przy pierwszych pokazach, gdy gości jest jeszcze niewielu, rozglądają się dopiero za atrakcjami i trafiają do mnie, albo na koniec, gdy większość osób zbiera się do domu, a do planetarium zaglądają niedobitki. Wtedy proponuję alternatywę: film albo pokaz na żywo. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się, żeby ktoś wybrał film. Staram się wtedy w pewien sposób nagrodzić widzów, podziękować im za zaufanie. Taka opowieść ma swoje ramy, ale nie ma sztywnego scenariusza. Po prostu wędrujemy wspólnie po niebie to tu, to tam. Widzowie zadają pytania, a ja mając do dyspozycji łatwy w obsłudze projektor jestem w stanie pokazać im wiele – może nie wszystko, ale naprawdę dużo. Często po takim seansie widzowie chcą jeszcze zostać i porozmawiać. To o czymś świadczy – po projekcji filmu raczej nie zdarza się, żeby ktoś został i zadawał pytania.

Jak myślisz, skąd biorą się takie reakcje? Dlaczego ludzie wybierają seans na żywo, a nie film?

Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie. Moim zdaniem chodzi o to, że świat dookoła nas jest pełen jednokierunkowego przekazu. Film z ekranu – nieważne, czy to wielki ekran w kinie, nieco mniejszy ekran telewizora, komputera, tabletu czy smartfonu – idzie w jedną stronę, do widza. Ten nie ma wpływu na to, co się dzieje, jest zdany na wizję reżysera i producenta. Nieważna jest tutaj treść – czy to film fabularny, czy dokumentalny, czy to film na prostokątnym ekranie, czy na kopule planetarium – film to film, pewna zamknięta całość, w którą widz ingerować nie może. Internet jest bardziej interaktywny – czytamy tekst z odnośnikami, coś nas zainteresuje, klikamy i przenosimy się dalej, ewentualnie możemy wrócić do punktu wyjścia. Jeśli jakiś temat zaciekawi nas bardziej, możemy niemal dowolnie pogłębiać wiedzę o nim.

Pokaz w planetarium prowadzony na żywo jest nieprzewidywalny. Można wiedzieć, jak się rozpocznie, ale nigdy nie wiadomo, jak się zakończy. Pytania od widzów mogą poprowadzić go w kierunku, którego się nie spodziewam. Kogoś interesuje, dlaczego ta gwiazda tam nisko tak jasno świeci? Proszę bardzo, możemy to sprawdzić, projektor mojego planetarium nam to umożliwi. I nagle, zupełnie niespodziewanie dla widzów, gwiazda okazuje się nie być gwiazdą, tylko planetą. Tutaj możemy wrócić do widoku całego nieba i spróbować przybliżyć inną gwiazdę, by znaleźć różnice pomiędzy tym, co faktycznie jest gwiazdą, a co ją tylko zewnętrznie przypomina. Tutaj zazwyczaj pojawia się seria pytań: dlaczego planeta jest jasna, dlaczego nie mruga? A co widziałem na niebie takiego jasnego rano przed tygodniem? Cofamy czas w projektorze o tydzień i od razu mamy odpowiedź. I tak dalej…

Trochę chyba zagmatwałem sprawę, ale podsumowując to co powiedziałem przed chwilą odnoszę wrażenie, że istotą sprawy, odpowiedzią na pytanie „dlaczego seans na żywo zamiast filmu” jest to, że ludzie lubią, gdy mówi do nich żywy człowiek – nie z głośników, bezosobowo, ale osoba, którą widzą. Być może czasem się ona pomyli, przejęzyczy, zastanowi, zrobi krótką przerwę dla nabrania oddechu, ale przynajmniej widać jej emocje, zaangażowanie, pasję. Podczas pokazów prowadzonych na żywo, zwłaszcza dla dorosłych, staram się nie epatować wiedzą, nie używać fachowych zwrotów. Staram się mówić możliwie prosto, ale bez uproszczeń. Żywo, ale bez pajacowania. Zwyczajnie, ale bez poufałości. Czasem pozwolę sobie na drobny żart, ale dbam o to, by był wyważony. Nie mówię o polityce i religii, staram się skierować myśli widzów, a jednocześnie słuchaczy w rejony, w których być może nigdy nie byli. Nie uczę się tego specjalnie, nie trenuję – to po prostu samo wychodzi. Myślę, że ludzie to czują i doceniają.

Dlatego lubię seanse na żywo, chociaż wymagają ode mnie większego wysiłku niż filmy. Może nie jest to oczywiste dla kogoś, kto na co dzień nie pracuje głosem, ale mówienie przez kilka godzin jest dość wyczerpujące – zarówno fizycznie, jak i umysłowo. Fizycznie, bo pracują mięśnie klatki piersiowej i gardło. Kopuła planetarium ma specyficzną akustykę, każdy dźwięk jest w niej wzmacniany. Inny będzie hałas w klasie, a inny z dokładnie tą samą grupą dzieci w planetarium. Planetarium jest czymś nowym, niezwykłym, dlatego reakcja dzieci na pobyt w kopule, wymiana wrażeń z kolegami i koleżankami sama w sobie generuje szum. Do tego objętość kopuły jest mniejsza niż objętość sali, więc gęstość dźwięku, jeśli mogę tak to nazwać, będzie większa w planetarium.

Włączyć film to żadna sztuka – nawet małpę można nauczyć wciskać Play na pilocie czy określony klawisz na klawiaturze. Film kolokwialnie mówiąc leci, a my siedzimy i oglądamy. Nie męczymy się, nie mówimy, nie zastanawiamy. Tylko, że po kilku godzinach, dniach i tygodniach takiej pracy jesteśmy kompletnie wyjałowieni umysłowo. Wie to każdy, kto wykonuje powtarzalne, monotonne czynności, które w dodatku nie wymagają interakcji. Ja tak nie potrafię. Owszem, mam kilka naprawdę fajnych filmów, które lubię pokazywać, ale to raczej w starszych klasach – w gimnazjum lub szkole średniej. Zawsze jednak staram się uzupełnić projekcję filmu krótkim pokazem na żywo albo rozmową podsumowującą to, co pokazane było w filmie. Innymi słowy, chcę skłonić uczniów do zastanowienia, do wyciągania wniosków na własną rękę. Nie wiem, na ile mi się to udaje, ale przynajmniej próbuję.

Widzę, że jesteś już trochę zmęczony. Proponuję, żeby pytania o reakcje na to, jaki biznes prowadzisz, zostawić na kolejną rozmowę.

W pełni się zgadzam. To bardzo obszerny temat.

W takim razie dziękuję za dzisiejszą rozmowę i… do zobaczenia.